Kurier lubelski
Andrzej Molik "Klezmerzy"
Znacie taki dowcip? Pyta goj Żyda: -Dlaczego ty zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie? -A dlaczego nie? Albo taki? Restauracja koszerna. Na progu dwóch Chińczyków wita gości w czystym jidisz. Po posiłku gospodarz pyta konsumenta: -Czy został pan dobrze obsłużony? -Tak, ale skąd u obsługi taka znakomita znajomość naszego języka? –Niech pan nie mówi głośno, ci Chińczycy są absolutnie przekonani, że się uczą francuskiego!
Każdy kto był na koncercie kapeli Klezmerskie Va Banque wie, że to jedynie maleńka próbka humoru towarzyszącego jej występom. Zespół, a przede wszystkim jego lider, skrzypek Tomasz Czapliński dysponuje tak nieprzebraną ilością dowcipów, żydowskich szmoncesów, że potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy są stałymi gośćmi w Cafe Szeroka 28. Należę do nich, więc wiem co mówię. Ale i zastanawiam się, dlaczego, zawodowo zajmując się kulturą, przez długie lata – a od powstania kapeli pod skrzydłami Piotra Pleskaczyńskiego uzbierało się ich już sześć – o tych niezwykłych koncertach, nieporównywalnych do niczego innego co się dzieje w Lublinie nigdy nie napisałem szerzej.
Może dlatego, że odkładałem recenzję na jakąś szczególną okazję, a potem Va Banque niepostrzeżenie tak wrósł w krajobraz miasta, że zacząłem go traktować jako stały jego element? Znam ludzi, którzy przyjeżdżając do nas pytają się najpierw o to, kiedy mogą usłyszeć klezmerów. Znam takich, którzy przypomnieli sobie o swoich żydowskich korzeniach, przestali się ich wstydzić i przychodzą śpiewać „mamełe” pieśni. Są też tacy, których ciekawi i fascynuje koloryt zaprzepadłego świata.
Dla nich wszystkich Elżbieta Czaplińska, która jidisz musi się mozolnie uczyć, bezbłędnie zaśpiewa swym pięknie matowym głosem „Sztetełe Bełz”. Im jej mąż Tomek wygra na Żydowską nutę nawet walczyk „Pod dachami Paryża”, sypnie dowcipem i tak zachęci do zrzutki do kapelusza, że nawet największy sknerus sypnie groszem. Im pod magicznym adresem Widzącego z Lublina Jacek Sribniak wygra do ucha na klarnecie „żydowską” wersję „Serca”, „Szła dzieweczka” motywów z „Czterech pancernych” i „Klossa”, a nawet „Międzynarodówki”. Im zastrzyk swojej energii dadzą akordeonista Paweł Sójka i pieszczący „wielki instrument” (dla profanów: kontrabas) Włodzimierz Wargocki. No, właśnie! Energia! Va Banque to najbardziej żywiołowy zespół jaki kiedykolwiek u nas działał. Każdy jego koncert to życiodajna w dzisiejszych czasach dawka optymizmu i sił witalnych. Klezmerzy są dobrzy na wszelkie dolegliwości, mają moc najlepszych terapeutów i doprawdy bardzo, bardzo smutno by było, gdyby ich w Szerokiej i w Lublinie zabrakło. A kysz, zła myśli!
Gazeta Stołeczna (nr 194, wyd. waw z 2000/08/21, str.9)
Roman Pawłowski "Kocham teatr. Klezmerzy"
W pamiętnej „Autobiografii” Perfectu Grzegorz Markowski zawodził m.in.: „W knajpie dla braw klezmer kazał mi grać takie rzeczy, że jeszcze mi wstyd”. Nie wiem, na jakich klezmerów trafił artysta Markowski, z pewnością jednak nie byli to klezmerzy, grający w lubelskiej knajpie Szeroka 28 przy Bramie Grodzkiej, do której zajrzałem, wracając w sierpniu znad Buga. Grają tak, że Markowskiemu byłoby wstyd. Ich zespół nazywa się Va Banque i od kilku lat występuje co sobota na scence w rogu sali. Scena jest tak mała, że skrzypek i klarnecista muszą grać solówki między stolikami, inaczej wybiliby kolegom oko. Mimo upału muzycy chodzą w białych koszulach i kamizelach, a na głowy nasadzone mają czarne kapelusze, którymi kłaniają się po każdym zagranym kawałku. Złudzenie, że to prawdziwa żydowska kapela, jedna z tych, które malował Chagall, jest całkowite. Tylko szmoncesy opowiadają po polsku.
Koncert zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli od żydowskiego standardu „Szolem Alejchem”, a potem napięcie powoli rośnie. Ktoś w rogu sali zaczyna klaskać do rytmu, ktoś obok wali pięścią w metalowy stół, Ktoś inny gwiżdże na dwóch palcach, jakby to była ludowa zabawa na Roztoczu. Ludzie cisną się z ulicy przez wąskie drzwi, brakuje tchu, a muzycy nie popuszczają. I tak jest od lat.
Tajemnica sukcesu lubelskich klezmerów nie polega tylko na popularności żydowskiego folkloru. Widziałem w Warszawie w jednej z żydowskich restauracji zawodowych aktorów, którzy opowiadali te same dowcipy i grali te same utwory, ale zamiast aplauzu na sali słychać było głównie trzeszczenie zębów ludzi przeżuwających karpia po żydowsku. W Szerokiej nawet w oddalonych od sceny salach grzeje się piwo w szklankach i stygną nietknięte potrawy. Rzecz polega na prostym odkryciu: muzycy bawią się żydowskim folklorem. Trzeba widzieć, jak skrzypek znad instrumentu wpatruje się głęboko w oczy kobiet, jak klarnecista wiruje w miejscu niczym porcelanowa lalka. Palce akordeonisty wykonują na klawiaturze dziki taniec, kontrabasista traktuje kontrabas jak wielki bęben. W miejscach, gdzie stoją muzycy, deski sceny są wypolerowane do białości. To nie filharmonia, to jest kapela i nikt nie siedzi w miejscu. Euforia sięga zenitu, kiedy muzycy wyskakują między ludzi, czarują kobiety, żartują z mężczyzn, nie tracąc ani jednaj nuty, ani jednego taktu. Zdaje się, że cała sala była wielką orkiestrą.
Po koncercie wychodzę w Grodzką, rozpalony bruk oddaje ciepło, z bram ciągnie chłodem. Przez Bramę Grodzką, która kiedyś nazywała się Żydowską, wychodzę na plac przed zamkiem. Ta brama do wojny oddzielała dwa światy. Po jednej stronie było miasto żydowskie, miasto Widzącego z Lublina, Sztukmistrza z Lublina, chasydów, krawców i klezmerów. Po drugiej – miasto polskie, miasto Czechowicza, Pola i Wieniawskiego. Pół wieku od zagłady lubelskich Żydów Brama Grodzka połączyła te dwa miasta. Z tym, że jedno istnieje tylko w wyobraźni.